Dlaczego nie obchodziłem Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”? I jak wyobrażam sobie upamiętnianie polskiego podziemia powojennego?
____________
W naszej pamięci i polityce historycznej przeplatają się dwa główne wątki, heroiczny i martyrologiczny. Zgodnie z tym kluczem upamiętniani przez nas ludzie mogą być albo bohaterami, albo ofiarami, albo jednymi i drugimi naraz. „Żołnierze wyklęci” należą do tej ostatniej kategorii. Z jednej strony opisuje się ich jako niezłomnych, z drugiej – podkreśla się, że byli wyłapywani, torturowani i zabijani przez komunistyczną władzę. W żadnym z tych wątków nie ma miejsca na dwuznaczności lub krytykę. Smutny przykład to postępowanie najważniejszych polskich polityków, oddających cześć nawet tym spośród „wyklętych”, którzy są postaciami co najmniej wątpliwymi (Zygmunt Szendzielorz, „Łupaszka”) albo wręcz skompromitowanymi (Józef Kuraś, „Ogień”). A poza centrum sfery publicznej zdarzają się także przypadki honorowania Romualda Rajsa, „Burego”, oficjalnie uznanego przez Instytut Pamięci Narodowej za sprawcę zbrodni ludobójstwa.
Polityczna i społeczna nośność mitu „żołnierzy wyklętych” bierze się w pewnym stopniu z obecnego antykomunistycznego animuszu (nierzadko łączącego w jedną całość Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Bieruta, Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego, Cimoszewicza, a w jeszcze mniej zrozumiałych wersjach – również współczesną młodą lewicę). Nietrafne byłoby jednak sprowadzanie tej sprawy wyłącznie do wydarzeń ostatnich lat. Po pierwsze, antykomunizm – czasem bardziej, czasem mniej zasadny – jest obecny w polskiej polityce od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Po drugie, heroizm i martyrologia sięgają znacznie głębiej w naszą historię, aż do czasów rozbiorowej traumy, romantyzmu i mesjanizmu. Zmaganie z tymi dyskursami nie jest zatem jedynie walką z teraźniejszą polityką historyczną; jest też oporem przeciwko silnie zakorzenionym kodom kulturowym.
Trudne to zadanie, lecz zmagać się trzeba. Trzeba czytać Marię Janion, trzeba pamiętać o brzemieniu Mickiewicza i Słowackiego. I trzeba inaczej wspominać powojenne podziemie. Nie wystarczy powiedzieć: „Wśród żołnierzy wyklętych byli ludzie, którzy dopuścili się zbrodni”, jeżeli na tym samym oddechu mówimy, że pozostali w ogromnej większości „prowadzili wojnę w sposób rycerski” i że warto „propagować wiedzę na temat ich heroicznej walki i męczeństwa” [*]. Ale nie wystarczy również ograniczyć się do formułowania opozycji „Witold Pilecki – Romuald Rajs”. Sama w sobie jest ona słuszna, warto jednak uczynić z niej część szerszego obrazu.
Witold Pilecki, rotmistrz, bohater (jego częste zaliczanie do „żołnierzy wyklętych” jest dowodem nieścisłości tego pojęcia –
Pilecki nie walczył zbrojnie z powojennymi komunistami). Źródło zdjęcia: Wikipedia
Jaki byłby ten szerszy obraz? Wyjdźmy od deklaracji prezydenta Andrzeja Dudy na uroczystości pogrzebowej ku czci Łupaszki i innych „Żołnierzy Niezłomnych”: „w tamtych czasach, trudnych, beznadziejnych, to wy zachowaliście się jak trzeba”. Pierwszą implikacją tych słów jest to, że można było zachować się inaczej. A przecież zdecydowanie nie wszyscy uczestnicy powojennego podziemia znaleźli się w nim z własnej woli; bardzo wielu do krycia się w lasach zwyczajnie zmuszono. Amnestie w tym okresie często były oszustwami, ujawniających się żołnierzy skazywano w sfingowanych procesach i mordowano. Można tu mówić o tragizmie, ale rzadziej o wyborze i jeszcze rzadziej – o bohaterstwie (choć i ono się zdarzało). A druga implikacja? Jeśli to żołnierze podziemia „zachowali się jak trzeba”, najwidoczniej według prezydenta członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego postępowali niewłaściwie. Tymczasem tuż po wojnie było to najważniejsze ugrupowanie opozycyjne, liczące setki tysięcy Polek i Polaków, a za działalność w nim także można było zostać aresztowanym lub zamordowanym. Pamiętajmy o PSL z lat 1945–1947, pamiętajmy o Stanisławie Mikołajczyku.
Przymus przeważający nad bohaterstwem, istnienie różnych rodzajów oporu – to dwie wybrane części szerszego obrazu. Z pewnością można ich wskazać więcej. Nie powiedziałem na przykład ani słowa o światopoglądowej różnorodności „leśnych” (wśród nich znaleźli się wszak m.in. żołnierze o poglądach lewicowych), nie wspomniałem o zachodzącym dziś procesie przesłaniania pamięci o wcześniejszym podziemnym oporze, skierowanym przeciw okupacji hitlerowskiej. Nie opisałem też sytuacji, w których lokalna ludność z ulgą przyjmować mogła opuszczenie danego obszaru przez uczestników podziemia, a nawet ich zatrzymanie lub zabicie przez aparat bezpieczeństwa. Niemniej widać już chyba zarys tych form upamiętniania, które uważam za należyte. Dodam więc tylko tyle, że nie bez powodu o „wyklętych” i „niezłomnych” piszę ciągle w cudzysłowie; moim zdaniem najlepiej mówić po prostu o podziemiu powojennym.
Danuta Siedzikówna, „Inka”: jedna z bohaterek podziemia powojennego. Źródło zdjęcia: Wikipedia
Jeszcze jedno: skoro już heroizm zastępujemy koniecznością lub tragizmem, to czy warunki, w których „łatwość zabijania była przerażająca”, uznałbym za usprawiedliwienie dla czynów popełnianych przez niejednego z „wyklętych”? W przypadkach takich jak masakry ludności cywilnej – absolutnie nie. A tam, gdzie „leśni” zastraszali miejscową ludność albo siłą odbierali żywność mieszkańcom wsi? Tutaj odpowiedź jest dwuczęściowa. Po pierwsze, możemy negatywnie oceniać wybory dokonane nawet w koszmarnych warunkach (i do tego się skłaniam np. w odniesieniu do napadów rabunkowych), lecz nie powinno nas to prowadzić do poczucia wyższości. Nie jest sztuką zachowywać się po ludzku, jeżeli nigdy nie dotknęło nas „zarażenie śmiercią” (termin z „Butów”, wstrząsającego opowiadania Jana Józefa Szczepańskiego). Po drugie, nawet jeśli w niektórych wypadkach można mówić o okolicznościach łagodzących albo i znoszących winę, nie znaczy to, że powinniśmy wynosić sprawców na piedestał, a tym bardziej – zamazywać pamięć o ofiarach ich działań.
Ostatnią sprawą są ograniczenia w naszej wiedzy. Wciąż nie znamy wielu szczegółów, wielu też nigdy nie poznamy. Owszem, niekiedy możemy być bliscy pewności, że ktoś zachowywał się po bohatersku, a zarazem nie popełnił zbrodni – honorujmy takich ludzi. Potępiajmy też czyny tych, o których wiemy, że nie stanęli na wysokości zadania. Zachowajmy jednak ostrożność w zbiorowej ocenie moralnej tysięcy osób, których motywacje i uwikłania ani nie są nam w pełni znane, ani też nie układają się w jednoznaczną całość.
Żeby nie było wątpliwości: ostatni apel kieruję do różnych grup, ale przede wszystkim do zwolenników oddawania czci całej formacji „żołnierzy wyklętych” (często bardzo elastycznie definiowanych). Nie wszystkie postacie w tragediach zasługują na pomniki.
____________
[*] Cytaty pochodzą z artykułu Piotra Zychowicza „Nie pudrujmy żołnierzy wyklętych”, zamieszczonego w niedawnym numerze „Do Rzeczy”. Fragment tekstu można znaleźć tutaj. Staram się docenić starania autora, ale jeżeli nawet tak przychylne względem ogółu „wyklętych” wypowiedzi dość powszechnie uznawane są za szarganie świętości, to doprawdy stoimy pod prawą ścianą. Na przykład facebookowy wpis Pawła Kukiza, zbliżony w wymowie do wspomnianego artykułu, a potem jeszcze nieco złagodzony, spotkał się z gniewnymi reakcjami użytkowników serwisu. Podobnie na stronie Telewizji Republika opatrzono go nagłówkiem „Kukiz szokuje!” oraz zadano pytanie, czy ta wypowiedź „wpisuje się w lewacki hejt”.
Mój blog ma fanpage. Zapraszam do jego odwiedzania.


Głupotą jest już spieranie się (mam na myśli spór "na noże", nie kurtuazyjną dyskusję) o to, kto był jakim człowiekiem - dobrym, czy złym - na poziomie jednostki. Przenoszenie tego na poziom bliżej niedookreślonej grupy zalatuje absurdem. A przecież można by dyskutować o czynach, ileż to łatwiejsze. Wtedy bez dysonansu poznawczego w mózgu zmieści się fakt, że taki to a taki wtedy i wtedy dokonał bohaterskich czynów a wtedy i wtedy popełnił czyny zbrodnicze. Przypadki ludzi całkowicie złych/dobrych pod każdym względem, to skrajności. Dodatkowo tacy osobnicy zwykle są na tyle nieprzystosowani do życia w społeczeństwie, że nie mieli znaczącego wpływu na taką historię, o którą warto by się kłócić.
OdpowiedzUsuńDwoch braci. Starszy w kampanii wrzesniowej, potem w AK.Po wojnie porzadkowal sie rozkazowi, wyszedl z lasu, ulozyl sobie zycie, zalozyl rodzine, pozostal wierny pogladom, dzieciom przekazal wiedze o Katyniu. Mlodszy w AK, nie wyszedl z lasu, za niezlomnosc zaplacil okaleczona psychika, nigdy nie wrocil do normalnosci. Historia rodzinna. Co mam myslec o tym niewykletym, ktory zachowal sie nie tak jak trzeba, co myslec o tym niezlomnym, ktory mial zmarnowane zycie? Nie wiem. Nie ma prostych ocen. Celebra poswiecona zolnierzom wykletym do mnie nie przemawia.
OdpowiedzUsuńCelebrowanie "żołnierza wyklętego" nie oznacza poniżania "niewyklętego". To tak, jakbyś nie chciał dać (pośmiertnego) medalu komuś, kto powiedzmy, oddał życie ratując ludzi z pożaru, bo w ten sposób zasugerujesz, że pozostali strażacy, którzy też ryzykowali, ale trochę mniej, "zachowali się nie tak, jak trzeba".
OdpowiedzUsuńDzięki za komentarz! Myślę jednak, że byłby on trafniejszy, gdyby prezydent nie mówił wprost o „zachowaniu się jak trzeba” (to jest też oczywiście ukryty cytat, ale tutaj możemy to raczej pominąć), tylko użył sformułowania mówiącego o wykroczeniu poza obowiązek (chciałoby się powiedzieć – o supererogacji, tak jak tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Supererogacja).
UsuńWiecej wpisow na blogu, bardzo prosze!
OdpowiedzUsuńWpis o „Opowieści podręcznej” pojawi się w najbliższych dniach!
Usuń