piątek, 5 lutego 2016

Tysiąc złotych i sześć języków

Tysiąc złotych miesięcznie brutto dla osoby znającej sześć języków obcych – taką ofertę konkursową przygotował Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Sprawa jest wbrew pozorom złożona, ale ogólny wniosek pozostaje smutny: polskiej humanistyce dramatycznie brakuje pieniędzy.

____________

Dlaczego sprawa jest złożona? Po pierwsze: dlatego, że przytoczone wynagrodzenie nie dotyczy pracy w pełnym wymiarze, lecz dodatkowego zatrudnienia na mniejszą skalę. Rzeczniczka UW Anna Korzekwa precyzuje: idzie o 1–2 dni w tygodniu. Ponadto praca finansowana jest z grantu Narodowego Centrum Nauki w ramach konkursu „Sonata”, który zakłada sztywny limit wynagrodzeń dla podwykonawców będących doktorantami lub studentami. Według informacji Anny Korzekwy i Marii Nowak górna granica wynosi właśnie tysiąc złotych. Możemy się domyślać, że chodzi o dziewiątą edycję programu „Sonata”; w takim wypadku byłaby to sytuacja opisana w punkcie 2.1.2 regulaminu (podpunkt b). Wspomniany limit nie wynika więc z decyzji WPiA UW, lecz z ograniczeń nałożonych przez NCN, a ustalonych właśnie z myślą o pracy dodatkowej, nieetatowej.

Niepokoi natomiast to, że ogłoszenie zamieszczone na stronie wydziału nie wskazuje planowanego wymiaru zatrudnienia. Kandydaci nie wiedzą, czy czeka ich np. praca 8 dni w miesiącu po 6 godzin (z przybliżoną stawką godzinową 20 zł brutto), czy może 6 dni po 4 godziny (40 zł brutto). Ta ostatnia możliwość nie byłaby jeszcze taka zła – umowa podpisana na 36 miesięcy daje stabilne źródło dochodu, a pracując dwadzieścia parę godzin miesięcznie, można przeznaczać resztę czasu na inne zajęcia (również zarobkowe). Skoro jednak czasu pracy w ogłoszeniu w żaden sposób nie określono, kto zapewni, że realny wysiłek doktoranta lub doktorantki nie będzie znacząco większy od oczekiwanego? Nie zakładam złych intencji kierowniczki grantu, ale dobrą praktyką jest podawanie takich informacji, choćby w przybliżeniu.

*

Sprawa ma również szerszy kontekst. Otóż poziom finansowania najmłodszych pracowników naukowych (doktoranci często pełnią właśnie taką rolę, choć formalnie nazywa się ich uczestnikami studiów trzeciego stopnia) jest w Polsce niski, zwłaszcza w naukach humanistycznych i społecznych. Jeśli ktoś złapie Pana Boga za nogi, na Uniwersytecie Warszawskim może otrzymać miesięcznie około 3 tys. zł netto, łącząc stypendium doktoranckie, stypendium projakościowe i stypendium dla najlepszych doktorantów (pomijam pojedyncze przypadki osób zarabiających więcej, np. dzięki stypendiom ministerialnym za wybitne osiągnięcia). Mówimy o sytuacjach wyjątkowych: tylko bardzo zdolni młodzi badacze i badaczki mogą liczyć na to, aby ich pracę opłacano na poziomie średniej krajowej. Również oni jednak co roku muszą brać pod uwagę możliwość utraty stypendiów, a zdecydowana większość studiujących przez cały okres pisania doktoratu musi utrzymywać się – częściowo lub całkowicie – z innych zajęć.

Zapewne właśnie dlatego w konkursach Narodowego Centrum Nauki przewidziano dodatkowe wynagrodzenia dla doktorantek i doktorantów. Są one niskie, nie wynika to jednak ze złośliwości władz NCN. Instytucja ta ma swoje słabe strony (o niektórych pisałem), lecz przede wszystkim jej budżet jest zbyt mały, aby mogła zapewniać utrzymanie wszystkim wykonawcom konkursów grantowych. Nie takie zresztą są jej zadania – im więcej środków przeznaczy na wynagrodzenia, tym mniej ich pozostanie na realizację zadań badawczych (wyjazdy zagraniczne, zakup sprzętu etc.). Sposób rozdzielania pieniędzy przez Centrum podlega krytyce, zapewne limity nawet przy obecnym budżecie NCN mogłyby być wyższe, ale podstawowy ciężar utrzymania młodych badaczy powinien spoczywać na samych uczelniach. Tyle że one również mają niewiele środków, a w dodatku nie zawsze dobrze je wydają...

Jeden z budynków Wydziału Prawa i Administracji
(zdjęcie w domenie publicznej, autor: Piotr "VaGla" Waglowski, źródło: Wikimedia Commons)


I właśnie tak to się kręci: nawet osoba znająca sześć języków obcych może mówić o szczęściu, jeśli w danym momencie studiów doktoranckich utrzymuje się tylko z działalności naukowej – dzięki stypendiom, wynagrodzeniom dodatkowym i ewentualnie innym źródłom dochodu (np. pracy dydaktycznej, o ile jest ona w danym miejscu uczciwie opłacana). Wprawdzie ogłoszenie mówiło o znajomości języka angielskiego, francuskiego, niemieckiego i włoskiego „w stopniu umożliwiającym swobodne czytanie”, co nie oznacza płynnego opanowania wszystkich kompetencji lingwistycznych na równie wysokim poziomie, ale nadal jest to zestaw zaawansowanych i rzadko spotykanych umiejętności.

W polskich warunkach finansowych wyzwaniem staje się już zaliczanie kolejnych zajęć i pokonywanie progów formalnych, a w efekcie ukończenie studiów trzeciego stopnia; tym trudniej napisać i obronić doktorat. Nie dziwią zatem wyniki niedawnego raportu Najwyższej Izby Kontroli: po zebraniu danych kwestionariuszowych od 82 jednostek naukowych okazało się, że jedynie 45% absolwentów z lat 2013–2014 uzyskało stopień doktora do końca pierwszego kwartału 2015 roku. A przecież gdyby uwzględnić osoby, które zrezygnowały jeszcze w trakcie studiów, odsetek byłby znacznie niższy.

Przyczyny takiego stanu rzeczy były już wielokrotnie diagnozowane w środowisku naukowym, a pieniądze to tylko jeden z powodów. O pozostałych można przeczytać m.in. we wzmiankowanym raporcie NIK (s. 7, pkt 2.1) oraz nieustająco aktualnym tekście Dominiki Michalak. Trwa również dyskusja nad dostępnymi sposobami poprawy niewesołej sytuacji.

Studia doktoranckie są przygotowaniem do dalszej pracy naukowej lub zawodowej; jako takie mogą oferować gorsze warunki finansowe od nieakademickiego rynku pracy. Różnica ta jednak nie powinna być tak duża jak obecnie. Sądzę, że uczciwym rozwiązaniem ze strony uczelni byłoby przyjmowanie tylko tylu doktorantek i doktorantów, dla ilu znajdą się odpowiednie środki (skromne, ale stabilne stypendia, pokoje dla osób dojeżdżających, dofinansowanie posiłków w uczelnianych stołówkach, płatne prace akademickie różnego typu). W innym wypadku atrakcyjność intelektualna studiów doktoranckich – będąca jedną z ich podstawowych zalet dla młodych ludzi – nie wystarczy do zatrzymania osób, które w przyszłości mogłyby współtworzyć polską naukę.

Oczywiście potrzebne byłyby też inne zmiany: w samym środowisku naukowym, w społeczeństwie, w polityce. Dla przykładu – ciężko dziś zdobyć rozsądną pracę na uczelni, a położenie młodych doktorów nie jest najlepsze, co tym bardziej zniechęca osoby rozważające tę drogę kariery. To zapewne jeden z problemów, których nie da się rozwiązać, nie zwiększając finansowania nauki na szczeblu państwowym. Co więcej, tylko część słabości naszego świata akademickiego wynika ze specyficznie polskich błędów i zaniedbań – inna część bierze początek w procesach zachodzących na całym świecie.

Mamy więc do czynienia ze skomplikowanym problemem, którego nie należy sprowadzać do rzekomej pazerności jednego wydziału lub jednej uczelni. Tysiąc złotych za sześć języków nie powinno stawać się powodem demonizowania Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego ani Narodowego Centrum Nauki (nawet jeśli obie instytucje mają na koncie rozmaite grzechy). Powinno natomiast uzmysłowić nam, jak trudne jest dla wielu młodych ludzi funkcjonowanie w tym niedofinansowanym układzie naczyń połączonych. Jeżeli chcemy go naprawić, podczas krytyki poszczególnych elementów powinniśmy pamiętać również o całej reszcie systemu.

____________

PS. W internecie pojawiło się domniemanie, że ogłoszenie mogło zostać skrojone pod ściśle określoną osobę. Świadczyć o tym miałby stopień szczegółowości, z jakim zdefiniowano kompetencje kandydatki bądź kandydata. Przed wysunięciem takich oskarżeń trzeba byłoby jednak sprawdzić, czy – jak wskazuje Maria Nowak – „znajomość bierna czterech języków kongresowych w stopniu umożliwiającym czytanie” nie jest czasami „standardem wśród osób zajmujących się historią starożytną”. Nie mając podstaw do stawiania zarzutu o nieuczciwość, nie chcę go tutaj formułować. Wolę ostrożnie założyć, że przytoczona opinia środowiskowa jest prawdopodobnie słuszna.

Mój blog ma fanpage – zapraszam do odwiedzania.

3 komentarze:

  1. Dzięki za wpis. Zwróć uwagę na niejasność w oświadczeniu rzeczniczki prasowej.

    Jeśli to jest zatrudnienie w Sonacie, to - zgodnie z 2.1.2b) 1000 zł przysługuje za pełen wymiar pracy (a nie za 1/5, 2/5 etatu).

    Jeszcze dwa lata temu UW nie zgadzało się na etaty doktoranckie w grantach, więc tłumaczenie się "zleceniem" jest mydleniem oczu (możliwe, że zlecenie / dzieło jest standardem w grantach na UW).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz! Jeśli chodzi o regulamin, to stosowny jego fragment mówi tak:

      "w przypadku gdy kierownik projektu planuje _swoje_ zatrudnienie na podstawie umowy o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy z puli wynagrodzeń etatowych: [dodatkowe wynagrodzenie wynosi] 1 tys. zł dla jednej lub więcej osób" (podkr. moje).

      Pełen wymiar czasu pracy dotyczyłby więc zatrudnienia kierownika, a nie podwykonawcy (tutaj: doktorantki/doktoranta). Nie jest to jednak zbyt przejrzyście opisane.

      Inna kwestia to typ podpisywanej umowy – rzeczywiście umowa zlecenia przy takim rodzaju pracy brzmi dość absurdalnie. W regulaminie Sonaty 9 nie mogę nic na ten temat znaleźć, więc też przypuszczam, że jest to suwerenna (i dość wredna) decyzja UW.

      Usuń
    2. W IT z jednym obcym średnio-zaawansowanym wyciągniesz średnią krajową brutto. Być czy mieć? - oto problem doktorantów.

      Usuń