piątek, 24 lipca 2015

„Hejty na Fejsie”

Blog „Hejty na Fejsie” na platformie Tumblr łączy nienawistne treści ze zdjęciami domniemanych autorów i autorek. Nie wiemy jednak, które z pokazanych przypadków są autentyczne. Nienawiść również może być pozorowana.

(Wpis zawiera obszerną wypowiedź gościnną Jana Popielucha – opinię na temat prawnych aspektów funkcjonowania „Hejtów na Fejsie”).

____________

„Pedały do gazu, powiadasz? Niech Cię zobaczą” – pisze nieznany autor (lub autorka) mikrobloga. „Hejty firmujesz swoją twarzą. Nie trafiają one wyłącznie do ofiary oraz lajkujących Cię ziomków. Nie znikają po zapomnieniu. Nie schowasz się za niewyraźnym awatarem. Czasem ktoś przejrzy udostępnione przez Ciebie fotki”1.

Jest w tym zamyśle pewna luka. Część fotografii mogła zostać znaleziona w wypowiedziach, które pochodzą z fałszywych kont założonych na Facebooku np. przez użytkowników Karachana, anonimowej zbiorowości sieciowych hejterów. Wystarczy podkraść komuś kilka zdjęć, uwiarygodnić konto serią wpisów i przypadkowo zawartych znajomości, by móc następnie niszczyć wizerunek tej osoby, siejąc nienawiść pod jej nazwiskiem przy użyciu podrobionego profilu. Właśnie stąd mogą pochodzić niektóre z treści zamieszczanych przez właściciela (właścicielkę) bloga; nie przypuszczam, aby wszystkie komentarze i statusy były gruntownie weryfikowane.

Samo istnienie nienawiści do osób homoseksualnych i transpłciowych w naszym społeczeństwie nie ulega wątpliwości. Jednak nawet gdyby większość fotografii i cytatów z bloga była autentyczna, nie powinniśmy ciskać gromów na poszczególne osoby ukazane na tego rodzaju zdjęciach. Możliwość trafienia na osobę, której wizerunek powiązano z cudzymi słowami, jest całkiem realna.

Ogólniej mówiąc, pozorowana nienawiść to bardzo smutne, ale i ciekawe socjologicznie zjawisko. Warto o nim wiedzieć, aby lepiej rozumieć złożoność problemu nienawistnych wypowiedzi w polskim internecie. Na szczęście w ostatnim czasie w popularnych mediach pojawiło się parę tekstów na ten temat, wiążących zjawisko z konkretnymi historiami (m.in. tragiczną sprawą samobójstwa Dominika z Bieżunia).

Ben Slow, Nienawiść (Hatred). Autorka zdjęcia: MsSaraKelly


A czy odpowiada mi sama idea strony? Szczerze mówiąc, nie. Owszem, uważam, że bezmyślne – a tym bardziej celowe – atakowanie innych grup powinno być piętnowane. Jednak nawet broniąc ludzi, których położenie w społeczeństwie jest szczególnie trudne (czyli m.in. osób transpłciowych), powinniśmy zachować pewne zasady. Należy do nich np. przestrzeganie prawa do prywatności. To, że czyjeś zdjęcie statusowe na Facebooku jest dostępne publicznie (zakładam, że tylko takie fotografie wykorzystano), nie znaczy jeszcze, iż możemy je powielać i publikować wbrew woli danej osoby.

Kwestia ta ma zarówno aspekt etyczny, jak i prawny. Publikację komentarza o tym ostatnim zaproponował mi znajomy, z którym rozmawiałem o „Hejtach na Fejsie”. Zgodziłem się – dziękuję! Oto zatem gościnna wypowiedź Jana Popielucha:

Od strony prawnej do tematu „Hejtów na Fejsie” można podejść na kilka sposobów. Najbardziej oczywisty i ogólny wydaje się art. 23 Kodeksu cywilnego, dotyczący tak zwanych dóbr osobistych. Czytamy o nich:

Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, […] pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach.

Widzimy wyraźnie naruszenia dwóch spośród wymienionych elementów – czci (dobrego imienia) oraz wizerunku. Od strony prawa cywilnego osoba, której dobra osobiste zostały naruszone, może żądać usunięcia naruszenia, złożenia oświadczenia, zadośćuczynienia pieniężnego lub zapłaty odpowiedniej sumy na wskazany cel społeczny (art. 24 § 1 KC). Natomiast od strony prawa karnego istotne są przepisy dotyczące pomówienia (art. 212 KK):

Kto pomawia inną osobę […] o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej, […] za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Warto tu zaznaczyć niezwykle istotny fakt, że dla karalności pomówienia nie ma znaczenia, czy publikowane zarzuty są, czy nie są prawdziwe. Przestępstwa nie byłoby tylko, gdyby prawdziwy zarzut był niepubliczny (padł na przykład w prywatnej rozmowie) lub dotyczył osoby pełniącej funkcję publiczną albo obrony społecznie uzasadnionego interesu. Ten „społecznie uzasadniony interes” jest konstrukcją prawną, co do znaczenia której nie ma zgody w doktrynie, a nawet orzeczenia Sądu Najwyższego nie są jednoznaczne*.

Drugi aspekt dóbr osobistych, wizerunek, jest szczegółowo chroniony przez przepisy dotyczące danych osobowych oraz przez prawo autorskie. Zgodnie z art. 81 PA „rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej”. To zezwolenie nie jest potrzebne jedynie wtedy, gdy chodzi o osobę publicznie znaną pełniącą funkcje publiczne lub wizerunek stanowi jedynie szczegół większej całości (np. krajobrazu).

Ostatnia kwestia – pozostawiająca najmniejsze pole do interpretacji, a potencjalnie również najbardziej dotkliwa dla administratora bloga – wiąże się z prawami autorskimi. Tym razem już bezpośrednio z majątkowymi prawami autorskimi do udostępnianych zdjęć. Każda fotografia, którą zamieszczamy w profilu na Facebooku, jest podlegającym ochronie prawnej utworem. Zgodnie z art. 17 PA „twórcy przysługuje wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim […] oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu”. Oczywiście akceptując regulamin Facebooka, udzielamy portalowi licencji (zgody) na wykorzystywanie naszych utworów – ta zgoda jest niezbędna do tego, by Facebook mógł poprawnie funkcjonować i wyświetlać posty czy zdjęcia. Żadnych praw do rozpowszechniania nie mają jednak osoby trzecie, którym te utwory są po prostu wyświetlane **.

Zatem administrator „Hejtów na Fejsie” występuje przeciwko prawu autorskiemu w jego dwóch wcieleniach. Nie podpisując autorów zdjęć, łamie ich osobiste prawa autorskie (z drugiej strony podpisanie byłoby jeszcze mocniejszym naruszeniem dóbr osobistych), ale przede wszystkim lekceważy majątkowe prawa autorskie (monopol twórcy), rozpowszechniając utwory, do których nie uzyskał odpowiedniej licencji. Co za to grozi? Tu dopiero zaczyna się jazda bez trzymanki, bo polskie prawo autorskie jest jedną z najmocniej obwarowanych karami gałęzi prawa i pod tym względem daleko wykracza poza ogólne ramy narzucane przez dyrektywy europejskie.

Otóż zgodnie z art. 79 PA osobie, której prawa majątkowe zostały naruszone, przysługuje odszkodowanie w wysokości trzykrotności wartości stosownego wynagrodzenia, które byłoby należne w celu uzyskania zgody na wykorzystanie danego zdjęcia. O wysokości takiego „stosownego wynagrodzenia” decyduje sąd na podstawie opinii biegłych, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdjęć, które nielegalnie zostały w tym wypadku udostępnione, kwota robi się niebagatelna.

Podobnie jak poprzednio, niezależnie od odpowiedzialności cywilnej w grę wchodzi również prawo karne. Art. 117 PA mówi, że „kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom w celu rozpowszechnienia utrwala lub zwielokrotnia cudzy utwór […], podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Natomiast jeśli sprawca z takiego procederu uczynił sobie stałe źródło dochodu lub organizuje taką działalność (to nasz przypadek), może trafić za kratki nawet na 3 lata.

Otwarte pozostaje pytanie o odpowiedzialność mediów udostępniających zawartość bloga, takich jak portal gazeta.pl. Czy pretekstowe zamazanie twarzy wyłącza odpowiedzialność dotyczącą naruszenia dóbr osobistych? Czy od strony prawa autorskiego dziennikarzy chroni prawo cytatu? Na drugie pytanie odpowiedź z pewnością jest negatywna. Nawet jeśli spróbujemy uzasadniać wykorzystanie zdjęć „wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości”, o których mówi art. 29 ust. 1 PA, to wciąż pozostaje wymóg oznaczenia cytowanych utworów imieniem i nazwiskiem twórcy (art. 34 PA).



** Regulamin Facebooka zawiera, co prawda, enigmatyczne zdanie o zezwoleniu na wykorzystanie treści udostępnionych jako „Publiczne”, jednak interpretacja dopatrująca się w tym powszechnej otwartej licencji byłaby wprost niezgodna nie tylko z prawem autorskim, ale i art. 3851 KC. Przepis ten mówi o tym, że konsumenta nie wiążą nieuzgodnione indywidualnie postanowienia umowne, które „kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając jego interesy”. Ciekawie na ten temat pisze Wojciech Wawrzak.

Teoretycznie może być również tak, że cały blog wraz z towarzyszącym mu fanpage’em jest sfałszowany i że założyli go użytkownicy Karachana (albo jeszcze innej zbiorowości, która w przeciwieństwie do tamtej nie została dotąd zinfiltrowana). Jest to mało prawdopodobne, ale anonimowi hejterzy to niestety pomysłowi ludzie, więc warto i taką możliwość mieć na uwadze.

*

Aktualizacja: na krótko przed opublikowaniem tego wpisu zawartość mikrobloga zniknęła z sieci. Obecnie dostępny jest jedynie komunikat: „Wystarczy już. Okazało się, że twarz połączona z nienawistnym komentarzem jest atrakcyjnym i łatwym do stworzenia kontentem. Pamiętaj o tym, zanim znów wyślesz na fejsie pedałów do gazu. Dziękuję Państwu za uwagę”. Z kolei fanpage działa nadal; być może prowadzi go jednak inna osoba.

Niewykluczone, że powodem był wzrost popularności mikrobloga po wczorajszym tekście w „Gazecie Wyborczej”, a w związku z tym – obawa przed konsekwencjami prawnymi. Usunięcie wizerunków sugeruje, że nie była to akcja zaplanowana przez hejterów, ale zasadnicza wątpliwość nie traci na znaczeniu: ile zdjęć i cytatów było autentycznych, a ile sfingowano, zanim jeszcze pojawiły się na blogu? Chociaż działalność „Hejtów na Fejsie” już się zakończyła (albo została zawieszona), dobrze jest o niej pamiętać ze względu na jej wątpliwe aspekty etyczne i prawne, a także z uwagi na zagrożenia związane z nienawiścią pozorowaną.

I jeszcze jedna aktualizacja: około południa cała strona „Hejtów…” zniknęła.

____________

Wpis zainspirowany rozmowami z Jankiem Jęczem. Dzięki!

Mój blog ma fanpage – zapraszam do odwiedzania.

____________

1 To drobna kwestia, ale czy zaimki „Cię”, „Ciebie” (zapisane wielką literą i służące do wyrażania szacunku) w tego rodzaju tekście rzeczywiście są potrzebne?

3 komentarze:

  1. Jakże to się zmienia – mikroblog znów działa, teraz z zaczepnym komunikatem "Surprise, bitch. I bet you thought you'd seen the last of me". Człowiek nie nadąża za tymi zmianami!

    OdpowiedzUsuń
  2. http://hejty-na-fejsie.tumblr.com/ <- znowu jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, napisałem o tym niedawno w komentarzu pod wpisem.

      Usuń