Jak się czuły te pielęgniarki i położne w Centrum Zdrowia Dziecka, które zarabiają 2,5 tys. złotych miesięcznie (brutto), kiedy słyszały od ministra zdrowia, że średnie wynagrodzenie w CZD jest dwa razy wyższe? I jak czują się przedstawicielki tych zawodów w całym kraju, gdy mamy tyle lat zaniedbań do nadrobienia?
____________
Słynne już stało się stwierdzenie ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, że strajkującym „chodzi tylko o kasę” [1]. W tej samej rozmowie w TVN 24 minister powiedział, że średnie zarobki pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka wynoszą blisko 5 tys. złotych. Krótko potem podobne informacje podała Małgorzata Syczewska, dyrektor CZD (oficjalnie: Instytutu „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka”).
Dane te stoją w sprzeczności z doniesieniami dziennikarza Roberta Kowalskiego, który odwiedził Centrum: „Rozmawiałem z pielęgniarkami kontraktowymi (na samozatrudnieniu), które żeby zarobić powyżej 4 tys., muszą pracować po 250 godzin w miesiącu. Nie spotkałem żadnej, która dostawałaby powyżej 5 tys.”. Zbliżone wiadomości przekazywała mi znajoma osoba zatrudniona w jednym z oddziałów CZD:
Większość pielęgniarek na oddziale dostaje na rękę ok. 1600 złotych, za nocne zmiany dodatkowo 60 zł (za całą noc – 5 zł za godzinę). Jak dostaną ok. 2000 złotych na rękę, to dobrze. Do tego pielęgniarek jest za mało, od kilku miesięcy grozi nam zamknięcie 1/3 oddziału, bo nie można ułożyć grafiku z minimalną obstawą. Kto przyjdzie się zatrudnić, jak ma pełno ofert pracy lżejszej i lepiej płatnej? [2].
Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia w rządzie Beaty Szydło
(źródło: Wikipedia, licencja: CC BY-SA 3.0 PL, autor zdjęcia: Adam Nurkiewicz)
Skąd tak duże rozbieżności? Może stąd, że informacje statystyczne podawane przez ministra Radziwiłła i dyrekcję Centrum Zdrowia Dziecka są niepełne. Przyjrzyjmy się bliżej oświadczeniom dyrekcji, w niektórych miejscach wyraźnie zbieżnych z treścią wypowiedzi ministra (łatwo to sprawdzić, zestawiając np. fragment niedawnego wystąpienia sejmowego Konstantego Radziwiłła z informacjami dostępnymi na stronie tej instytucji – w wielu wypadkach powtarzają się zarówno dane, jak i stosowane sformułowania).
W jednym z oświadczeń dyrekcja Centrum podaje, że średnie wynagrodzenie brutto pielęgniarek i położnych w Centrum wynosi obecnie 4 854 złote, i to bez uwzględnienia nadgodzin. Ale średnia arytmetyczna nie mówi nam wiele o rozkładzie zarobków. W hipotetycznej grupie, w której połowa osób otrzymuje 2 tysiące złotych, a połowa 8 tysięcy, średnie wynagrodzenie byłoby identyczne jak w środowisku, gdzie odpowiednie kwoty wynoszą 4 i 6 tysięcy. W takich wypadkach powoływanie się na samą średnią arytmetyczną (albo silne jej eksponowanie) jest niewystarczające, a gdy nasze wypowiedzi trafiają do wielu osób – również nieodpowiedzialne [3]. Wprawdzie niektóre z przydatnych tu fachowych pojęć statystycznych (np. różne miary rozproszenia) mogą być zbyt skomplikowane, aby używać ich w krótkich komunikatach w przestrzeni publicznej, ale warto szukać innych możliwości rzetelnego prezentowania danych.
Dyrekcja CZD zauważa ten problem, pisząc: „rozpiętość płac jest w Instytucie bardzo duża i osoby bez stażu pracy zarabiają stosunkowo niewiele. Dzieje się to kosztem wyższych zarobków osób z większym stażem pracy”. Z treści dokumentu wynika również, że kwestia ta była poruszana w negocjacjach z protestującymi. Wszelako nierównomierny rozkład płac nie został odpowiednio zaznaczony – to jedynie krótki akapit w środku tekstu, schowany pod kolorową tabelą.
Więcej informacji zawiera tabelka kończąca inne oświadczenie. Zgodnie z nią tylko 6% pielęgniarek pracujących w CZD zarabia mniej niż 3 tys. zł brutto miesięcznie, a trzy czwarte zatrudnionych otrzymuje ponad 4 tys. zł brutto. Przedstawione dane są jednak niejasne. Nie jest wykluczone, że tabela w odróżnieniu od poprzedniej obejmuje nadgodziny. Ponadto żadna z tabel nie uściśla, czy chodzi o wszystkie pielęgniarki (i położne?), czy np. tylko te zatrudnione na pełnym etacie w ramach umowy o pracę. Wątpliwości nie wyjaśnia także środowe wystąpienie Konstantego Radziwiłła. Minister wskazuje tylko – lepiej późno niż wcale – że najmniej w Centrum zarabiają najmłodsze pielęgniarki; podaje też wartość mediany, która ma wynosić 4800 zł. (Mediana to inaczej wartość środkowa: połowa osób otrzymuje mniej od tej kwoty, a połowa więcej).
W ostatecznym rachunku nie wiemy, ile pielęgniarek i położnych w Centrum Zdrowia Dziecka otrzymuje najniższe łączne wynagrodzenia, prawdopodobnie wynoszące ok. 2,5 tys. złotych brutto. Nie wiemy też, ile jest osób takich jak rozmówczynie Roberta Kowalskiego, pracujące 60 i więcej godzin tygodniowo. Nie wiemy wreszcie, jak z perspektywy danych ilościowych w całym szpitalu CZD wygląda kwestia problemów z zatrudnieniem, które opisywała osoba cytowana przeze mnie na początku wpisu (mówiła również, że na jednym z oddziałów od ośmiu lat nie ma nowej pielęgniarki).
Anegdotyczne informacje nie są wyczerpujące. Stanowią jednak dostateczny powód do podejrzliwości względem niekompletnych wyliczeń ministra Radziwiłła i władz Centrum. Niewątpliwie istnieją pielęgniarki, które dobrze zarabiają i nie muszą w tym celu pracować np. 300 godzin miesięcznie, ale jest to bardzo mała grupa w skali kraju i prawdopodobnie niewielka również w CZD.
Budynek Centrum Zdrowia Dziecka (źródło: Wikipedia, plik na kilku licencjach CC, autor zdjęcia: Cezary Piwowarski)
Warto także zwrócić uwagę na retoryczną warstwę publicznych wypowiedzi Konstantego Radziwiłła oraz dyrekcji CZD. Mówiąc o odrzucaniu kolejnych propozycji porozumienia wysuwanych przez władze ośrodka, zgodnie przypisują oni odpowiedzialność za konflikt uczestniczkom strajku. Odwołują się również do dobra pacjentów. „Jestem zdania, że w tym domaganiu się swoich praw, w formach protestu, jest jednak jakaś granica, która […] została przekroczona. […] Nigdy […] nie uważałem, żeby protest polegający na pozostawieniu pacjenta był uprawniony” – to minister. „Rada Naukowa Centrum Zdrowia Dziecka […] uznała, że dalsze odmawianie leczenia chorych stanowi poważne zagrożenie dla dzieci” – to Centrum (wykorzystywanie witryny internetowej CZD do jednostronnej prezentacji strajku, w którym uczestniczą pracownice tej instytucji, zasługiwałoby na osobną analizę).
W innym momencie Konstanty Radziwiłł dodaje: „Jest to sytuacja, która zdarza się […] po raz pierwszy w historii polskiej służby zdrowia: że pracownicy medyczni odchodzą […] od pacjentów, od najciężej chorych dzieci”. Minister podkreśla, iż „pracownicy – w tym także pielęgniarki – mają prawo do domagania się swoich praw”, ale w zawodach medycznych powinni kierować się „przede wszystkim i na pierwszym miejscu dobrem chorych; tutaj – szczególnych chorych”. Ministrowi zdrowia wtóruje premier Beata Szydło, mówiąc o „tych wszystkich, którzy mimo trwającego w Centrum Zdrowia Dziecka strajku dbają o to, ażeby nikomu nic się nie stało”. Resztę dopowiedzieć nietrudno: uczestniczkom protestu nie zależy na dobru dzieci, którymi się opiekują. A to łachudry i paskudy!
Inaczej przedstawia sprawę Robert Kowalski: „Strajk polegał na tym, że z każdego oddziału jedna z pielęgniarek przychodzi do szpitala, ale nie pracuje i razem z innymi strajkującymi przebywa w sali konferencyjnej. W tym centrum strajku – jak w sali BHP Stoczni Gdańskiej – gromadzi się 80–100 osób, w nocy mniej. Pielęgniarki zapewniały dzieciom normalną opiekę, kosztem zwiększonego wysiłku”. Dopóki nie usłyszę konkretów na temat zagrożenia, jakie miałoby się wiązać z „odchodzeniem od łóżek”, dopóty zachowam sceptycyzm względem rządowej retoryki. Zgadzam się też z Anną Dryjańską, kiedy pisze: „Twierdzenie, że strajk pielęgniarek zagraża dzieciom, niesie też niewypowiedziane założenie, że wcześniej zagrożenia nie było. A to nieprawda. Zbyt mała liczba pielęgniarek […] to zagrożenie dla ich [pacjentów] zdrowia i życia, o komforcie i godności nie wspominając”.
Oczywiście świetnie by było, gdyby nikt nie musiał korzystać z tego sposobu nagłaśniania problemów pracowniczych, ale nie w takim świecie żyjemy. A praca pielęgniarek i położnych to zawód, za którego wykonywanie należy się godne wynagrodzenie. Nie możemy oczekiwać, że przedstawicielki tych profesji będą się poświęcały w imię powołania – nie chcielibyśmy przecież, aby inni wymagali tego od nas samych.
Pielęgniarki i położne w dniu swojego święta, Szpital Powiatowy w Stargardzie, 2005 rok
[źródło: Wikipedia, licencja: CC BY-SA 4.0, autor(ka) zdjęcia: Keres 40]
Nierealistyczne oczekiwania względem pielęgniarek i położnych prowadzą nas do kolejnej kwestii, którą jest trudna sytuacja przedstawicielek (rzadziej: przedstawicieli) tego rodzaju zawodów w całym kraju. O ich problemach można przeczytać w wielu miejscach, np. apelu Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych oraz liście otwartym Partii Razem. O niezadowalających zarobkach tej grupy pisze m.in. Wirtualna Polska oraz portal Wynagrodzenia.pl.
Dla większości z nas są to jednak abstrakcyjne informacje, którymi trudno będzie się przejąć. Dlatego poprosiłem znajomego, który ma w rodzinie pielęgniarkę, aby podzielił się przykładami ze szpitalnego życia i z organizacji służby zdrowia. Oto one – nieznacznie przeredagowane, ale z zachowaniem stylu autora.
Jadwiga Romanowska, polska pielęgniarka i działaczka, zdjęcie z 1957 roku
(źródło: Wikipedia, plik w domenie publicznej, autorstwo nieznane)
Oczywiście, problemy pielęgniarek i położnych nie zaczęły się teraz. Krytykując wypowiedzi przedstawicieli rządu w sprawie Centrum Zdrowia Dziecka, trzeba pamiętać o zaniedbaniach poprzedniej ekipy politycznej; nie omieszkała o nich zresztą przypomnieć Beata Szydło. Od obecnej władzy oczekiwałbym jednak, aby za parę lat pohukiwania na Donalda Tuska i Ewę Kopacz okazały się marginesem konstruktywnej działalności w sprawach opieki zdrowotnej. Należałoby też zrezygnować z instrumentalnego – lub w najlepszym razie nieumiejętnego – używania statystyki, a także porzucić język przenoszący odpowiedzialność na środowisko położniczo-pielęgniarskie.
Strajk w Centrum Zdrowia Dziecka zakończył się w środę. Wtedy też opublikowano porozumienie między dyrekcją a protestującymi. Na stronie Centrum zamieszczono również powiadomienie dla rodziców (z charakterystycznym fragmentem odsuwającym odpowiedzialność od władz instytutu: „Jest mi niezmiernie przykro, że musieliście Państwo przechodzić przez wszystkie komplikacje związane ze strajkiem. Celem Dyrekcji Centrum było jak najszybsze zakończenie sporu ze związkowcami i przywrócenie Centrum do normalnego funkcjonowania. Cieszę się, że w końcu udało się to osiągnąć”). Z omówieniem treści dokumentu można się zapoznać np. tutaj.
Co dalej w całym kraju?
____________
Mojemu blogowi towarzyszy fanpage – zapraszam do jego odwiedzania.
Cytaty z wypowiedzi Konstantego Radziwiłła i Beaty Szydło można znaleźć zarówno w przedstawionych nagraniach, jak też w stenogramach z 20 posiedzenia sejmu (środa 8 czerwca).
____________
[1] Przy pewnej dozie życzliwości można założyć, że minister miał na myśli wyłącznie podgrupę osób otrzymujących wysokie wynagrodzenia. Jej członkiniami – przy czym w ich gronie zarobki także są zróżnicowane – mogą być oddziałowe, przełożona pielęgniarek w całym szpitalu, naczelna pielęgniarka epidemiologiczna itd. Nadal jednak słowa o „kasie” są przykładem niedopuszczalnej retoryki, zwłaszcza gdy zostają użyte en bloc, na jednym tchu ze stwierdzeniami dotyczącymi wszystkich uczestniczek strajku, a nawet wszystkich pielęgniarek (i położnych?) zatrudnionych w Centrum Zdrowia Dziecka. Wolałbym, aby minister nadal mówił o finansowych potrzebach tej grupy społecznej w taki sam sposób jak podczas rządów koalicji PO i PSL. Trzeba też zauważyć, że Konstanty Radziwiłł pominął postulaty dotyczące zwiększenia zatrudnienia.
[2] Ciekawe, że problem w Centrum nie dotyczy tylko pielęgniarek i położnych: „większość lekarzy w CZD to rezydenci, więc zarabiają 2300–2600 złotych na rękę za pełny etat w szpitalu. Dyżur w tygodniu to dodatkowe 200 zł (za nockę 15:35–8:00)”. Wysokość wynagrodzenia lekarzy rezydentów określa rozporządzenie ministra zdrowia.
Warto jeszcze uściślić frazę „oferty pracy lżejszej i lepiej płatnej”. Według przytoczonej osoby lepsze warunki zatrudnienia są domeną prywatnych przychodni (nie znam aktualnych danych ogólnopolskich na ten temat; sektor publiczny jako całość ma przewagę nad prywatnym, ale to nie to samo). Przechodzenie pielęgniarek i położnych do tych instytucji przekłada się na niedobór pracownic w szpitalach państwowych, takich jak ten, który wchodzi w skład Centrum Zdrowia Dziecka. Co więcej, również w prywatnej przychodni – i to w Warszawie – ponadprzeciętnie dobrą pensją, dla pielęgniarki z dwudziestoletnim stażem, jest zarobek 5 tys. zł brutto (3,5 tys. netto). Trudno to uznać za szalone pieniądze, zwłaszcza kiedy pomyślimy zarazem o niższych wynagrodzeniach dla osób młodych.
[3] Z podobnym zagadnieniem spotykamy się w mediach, gdy Główny Urząd Statystyczny publikuje informacje o średnich zarobkach Polaków pracujących w przedsiębiorstwach, które zatrudniają przynajmniej dziesięć osób (czasem mylnie nazywane informacjami o „średnich zarobkach Polaków”). Już w wielu miejscach wyjaśniano, że sama średnia arytmetyczna daje zniekształcony obraz społeczeństwa i że należałoby przypatrywać się również medianie oraz dominancie (link 1, link 2, link 3).




Moim zdaniem dużo bardziej opłaca się być pielęgniarką/opiekunką osób starszych w Niemczech. Wynagrodzenie jest tam bardzo odpowiednie i adekwatne do wykonywanej pracy, a tutaj w Polsce niestety nie zawsze są możliwe są takie warunki. Gdyby ktoś szukał pracy, to ja polecam agencję https://www.carework.pl/praca/opieka-niemcy/
OdpowiedzUsuń