Opowiadanie Anny Kańtoch Sztuka porozumienia otrzymało właśnie Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Śląska pisarka pokazała, że za pomocą niemłodych już konwencji popkultury nadal można powiedzieć coś ważnego.
____________
Kto nie czytał utworu, niech to zrobi, zanim pójdzie dalej – we wpisie roi się od spoilerów. Tekst można znaleźć na blogu autorki oraz w antologii nominowanych opowiadań przygotowanej przez Marcina Zwierzchowskiego i Marzenę Półgrabię.
1.
Sztuka porozumienia to w istocie podretuszowany Chandler. Wprawdzie już w pierwszym zdaniu mamy rekwizyt fantastycznonaukowy („na tle panoramicznego okna, za którym ciemniała powoli Kopuła”), lecz bieg wypadków pokazuje, że takie elementy są tylko lukrem na powierzchni kryminału noir. Gdyby tekst przenieść z przyszłości w teraźniejszość, jego rdzeń nie uległby żadnej zmianie.
Wszystkie te zdania są fałszywe.
2.
Oczywiście, konwencja czarnego kryminału jest w tekście bardzo dobrze widoczna. Piękna kobieta przychodząca do samotnego detektywa z kłopotliwą sprawą, której nie można zgłosić na policję? Wielokrotny zabójca ochrzczony mianem Brązowego Kapelusza? Spostrzeżenie, że w Argei z „całym urokiem beztroskiej i niewinnej młodości” nie umieją się już uśmiechać nawet dwunastolatki? Wreszcie i główny bohater, spłukany śledczy z problemami rodzinnymi?
Aby rozpoznać właściwą rolę tego gatunku w całym utworze, musimy przyjrzeć się zakończeniu: słowom, które kieruje do ojca ocalona cudem Chrissie.
– Jesteś bezpieczna. – Pogłaskałem ją. Jej skóra była czarna niczym węgiel, dokładnie tak jak moja. – A teraz opowiedz tatusiowi, co się stało. Co było na tej dyskietce?
Otworzyła usta i powiedziała:
– Cisza i jabłka, cienką nicią wszyci w niebo, oko za okiem. Spadają ptaki wypchane śmiercią. Kwiaty pełzają pod piaskiem i nie mają już smaku. Jak dawniej, teraz, w mroku. Straciłam tej nocy dwie najczerwieńsze kości.
Niezrozumiałe? Tak. Bełkot? Tak. Jednak aby opowiadanie miało sens, fragment ten musi być bełkotem. Nie może być ani trochę zrozumiały.
Mnożę zagadki, czas udzielić pierwszej odpowiedzi. Już na początku tekstu detektyw Delamere stwierdza: „Nie jestem zwolennikiem ładnych kłamstw”, a potem parokrotnie sugeruje, że nie posiada narracji (wszczepu filtrującemu postrzeganie rzeczywistości przez pewną konwencję kulturową, np. gatunek baśni). Gdyby tak jednak było, mógłby porozumieć się z dziewczyną, o której wiemy, że narrację usunęła. Poświadczają to dwa niezależne źródła: fragment pisany z perspektywy Velmy/Chrissie, w którym ta wyrywa sobie serce, i wypowiedź samego detektywa w końcówce: „wycięła sobie narrację”. W dodatku zbir nasłany na córkę śledczego mówi mu: „To jest twoja córka. Nie miałeś pojęcia, co? […] Efekt Lozelle’a. […] Zdarza się, kiedy dwie narracje są bardzo niekompatybilne i szwankuje tłumaczenie”.
Wniosek jest prosty: Delamere nie wie, że myśli jak bohater literacki. Ignorancja nie chroni go naturalnie przed wpływem narracji, każącej detektywowi patrzeć na siebie i świat na przykład tak: „Rzadko człowiek ma okazję przyjmować tak piękne klientki, choć mnie – z oczywistych względów – zdarza się to częściej niż innym”. Mamy zatem kolejną postać w długim literackim szeregu niewiarygodnych narratorów, a konwencja science fiction ujawnia swoją prawdziwą – służebną – rolę w tekście Anny Kańtoch.
3.
Żeby wyjaśnić, czemu chodzi o służebną rolę, trzeba zadać kolejne pytanie: czym jest Wielki Jim?
Wypiłem whisky i zerknąłem na ostatnie zdjęcie – jedyne, które zrobiono nie w Bay City, a przed urzędem miasta. Przedstawiało kilkudziesięciu pikietujących […]. Moja brunetka w jednej ręce trzymała transparent z napisem „Zostawcie w spokoju Wielkiego Jima” […]. Pamiętałem ten protest jak przez mgłę – chodziło o Stockwell Company, które zamierzało rozebrać najsłynniejszy argejski szkielet i postawić w tym miejscu kolejny drapacz chmur.
W jednej z ostatnich scen utworu Delamere jedzie na pustynię, żeby pod kośćmi molocha spotkać się z Chrissie. Wtedy widzimy szkielet z bliska.
Było dwie minuty po jedenastej, gdy zaparkowałem pod Wielkim Jimem – szkieletem tak olbrzymim, że musiałem porządnie zadzierać głowę, by dojrzeć miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa. Oczywiście nie znajdowała się – przykładanie ludzkiej miary do stworzeń, które dawno temu żyły na Argei, nie miało sensu. Jeśli szkielet cokolwiek przypominał, była to raczej plątanina moebiusowskich, oślepiająco białych linii, przecinających się pod kątami, które nie powinny istnieć w naturze. Turyści na ten widok zawsze wzdychali – częściowo ze zgrozy, a częściowo z zachwytu, a potem odwracali twarze […].
Zwróćmy uwagę na wygląd Wielkiego Jima, a dostrzeżemy, że słowo „szkielet” jest tylko nazwą. Nadali ją ludzie szukający obiektu, który ten obcy kształt choć odrobinę by przypominał.
Bo Wielki Jim nie jest trupem. Wielki Jim żyje. Jego natura ujawnia się w chwili, gdy drab ze Stockwell Company mierzy do Delamere’a i jego córki.
Trzy sekundy później cud się wydarzył.
Wszystko działo się tak błyskawicznie, że ledwo zdążyłem ckolwiek zarejestrować: ciało goryla podrywające się, jakby uniosła je niewidzialna dłoń, skręcające się pod nieprawdopodobnym kątem, deszcz ciepłej krwi, która zrosiła moją twarz i piasek. Potem mężczyzna spadł na ziemię. W oczach miał zdumienie, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że jest martwy.
Właśnie byłem świadkiem morderstwa dokonanego przez Brązowego Kapelusza.
Brązowy Kapelusz to Wielki Jim albo inni z jego rasy – inne „sterczące z piasku podświetlone szkielety”, z których ludzie zrobili atrakcję turystyczną na pustyni. Realizując swoje plany, Stockwell Company nie zniszczyłaby martwych kości, lecz żywą istotę. Żywą, ale tak bardzo odmienną od ludzi, że nie są w stanie jej zrozumieć.
Być może Jim i inni wiedzieli, że zabijają, i chcieli w ten sposób odstraszyć ludzkich intruzów. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, iż obcy mieli bardziej pokojowe zamiary, ale nie potrafili tego przekazać. Taką interpretację podsuwają słowa Chrissie: „Jak wytłumaczę mu, że demony chcą się z nami jedynie porozumieć, by ocalić jednego ze swoich?”.
4.
Sztuka porozumienia jest więc – niespodzianka! – opowieścią o sztuce porozumienia. Nie jest czarnym kryminałem, lecz opowiadaniem fantastycznonaukowym wykorzystującym konwencję noir. Nie stanowi przy tym tekstu bezwzględnie pesymistycznego: owszem, próba komunikacji się nie powiodła, ale gdyby sprawy potoczyły się inaczej (na przykład gdyby Wielki Jim mimowolnie nie zniszczył dyskietki, ratując Chrissie i jej ojca przed cynglem Stockwella), być może doszłoby do owocnego kontaktu. Tego jednak nie wiemy.
Co istotne, tekst jest nie tylko historią fantastycznonaukową, lecz także metaforą. Wszczepiana w ciało narracja może symbolizować rzeczywiste opowieści kulturowe, które kształtują ludzkie życie.
Poza gatunkiem science fiction także można by użyć symboli dotyczących identycznego zagadnienia. Można by również kazać postaciom – tak jak tutaj Stockwellowi – rozmawiać na ten temat. Niełatwo byłoby jednak wyrazić taką treść za pomocą udosłownionej przenośni, którą w Sztuce porozumienia jest narracja-wszczep. To pokazuje, że w dobrych tekstach fantastycznych tkwią możliwości trudno dostępne dla innych odmian prozy.
Oczywiście fikcyjne konwencje literackie układają życie nie tylko zmyślonemu detektywowi, ale i nam. Czy nie właśnie dlatego czytamy?
____________
Mój blog ma fanpage – zapraszam do odwiedzania.
Wyjaśnij mi, proszę, zakończenie (tzn. "bełkot" Chrissie) łopatologicznie, bo nadal nie rozumiem. :)
OdpowiedzUsuń[SPOILER]
UsuńTo ma być bełkot, bo w tym momencie opowiadania Chrissie nie ma narracji, a jej ojciec ma (i niezrozumiałość fragmentu odkrywa przed nami ten ostatni fakt). Dlatego on nie może zrozumieć, co ona mówi – tak działa w tym świecie różnica wielu poziomów narracyjności.
Ale jak to wyjaśnienie ma się do faktu, że w świecie przedstawionym każdy posiadał swoją narrację i zadaniem programu było dopasowywanie różnych narracji do siebie (tak to przynajmniej zrozumiałem)? Dlaczego narracja ojca nie zinterpretowała jakoś słów córki?
UsuńTen program nie zawsze się sprawdza ("efekt Lozelle’a"), a poza tym dowiadujemy się z tekstu, że usunięcie narracji powoduje "niemożność porozumienia z nikim, kto ma narrację powyżej piątego poziomu". Najwidoczniej narracja ojca jest zbyt zaawansowana, za bardzo oddala go od brudnych faktów, aby był zdolny do komunikacji z córką, która narrację sobie wyrwała.
Usuń