Czy należy odprawić milion uchodźców, jeżeli jeden może okazać się terrorystą?
____________
„Jeśli wśród miliona uchodźców może znaleźć się choć jeden terrorysta, to należy odprawić wszystkich”. Takie wypowiedzi czerpią siłę z przeświadczenia, że otaczając Europę murem, możemy zapewnić sobie stuprocentowe bezpieczeństwo. To przekonanie jest zrozumiałe – świadczy o skali naszych obaw – ale nie jest trafne, bo terroryści już tu są.
Tak, już tu są. Radykalni islamiści mieszkający od dawna w Europie odegrali kluczową rolę w ostatnich zamachach w Paryżu i w Brukseli. Z powodu ludzi takich jak oni nigdy nie zagwarantujemy sobie pełnego bezpieczeństwa.
*
Trzeba nauczyć się żyć z tym, że nie będziemy bezpieczni w stu procentach. Żyjemy tak zresztą nie od dzisiaj – statystyki wypadków nie zniechęcają nas do jeżdżenia samochodami. Ataki terrorystyczne są podobne do wypadków drogowych: powinniśmy dążyć do zmniejszenia ich prawdopodobieństwa, ale nie zredukujemy go do zera. Działalność odpowiednich służb jest niezbędna, lecz nie usunie całkowicie ryzyka zamachów, choćbyśmy przebili nawet fantazje Miriam Shaded i zdelegalizowali wyznawanie islamu w całej Europie – ignorując to, że umiarkowani muzułmanie mogą okazać się niezwykle cennymi sojusznikami w walce z terrorem.
Kiedy sobie to uświadomimy, przestaniemy kierować się złudnymi nadziejami, które koncentrują naszą uwagę na najbliższych dniach i tygodniach. Zamiast tego zaczniemy zadawać sobie pytania: „Czy odprawiając milion uchodźców, nie wyhodujemy setek wściekłych na Europę terrorystów w perspektywie kilku miesięcy lub paru lat? Czy ISIS i podobne organizacje nie zyskają nowych rekrutów zarówno na naszym kontynencie, jak i poza jego granicami? Czy możemy sobie na to pozwolić?”.
Łódź z syryjskimi uchodźcami u brzegów wyspy Lesbos, październik 2015 roku. Źródło: Wikimedia Commons, autorstwo: Ggia
Brak stuprocentowego bezpieczeństwa nie oznacza jednak, że trzeba myśleć o własnym życiu jako stanie ciągłego zagrożenia. Każda śmierć w ataku terrorystycznym to tragedia, ale spójrzmy chłodnym okiem: w skali całej Europy niebezpieczeństwo jest niewielkie. We wcześniejszym porównaniu do wypadków drogowych gubi się to, że są one znacznie groźniejsze niż terroryzm. Mądrze pisze o tym Jacek Wesołowski:
Po pierwsze, mordercy nie są w stanie nas wymordować. Ich piątkowa akcja [mowa o zeszłorocznym ataku w Paryżu] była szokująca, skrupulatnie przygotowana i niewątpliwie wymagała zaangażowania wszystkich dostępnych środków. Zginęło co najmniej 129 przypadkowych osób. Z grubsza tyle samo osób ginie co tydzień w wypadkach samochodowych lub umiera na raka płuc. Zasadnicza różnica polega na tym, że mordercy w ramach wielkiego zrywu przeprowadzili jedną bardzo kosztowną akcję, w wyniku której sami również stracili życie. Tymczasem rak i wypadki zachodzą samoczynnie przez cały czas. W odróżnieniu od raka płuc mordercy są bezsilni wobec naszych społeczeństw.
Po drugie, mordercy nie są w stanie przejąć kontroli nad państwem takim jak Francja czy Polska. […] Do przejęcia władzy potrzebna jest przemoc ciągła i eskalująca, angażująca dziesiątki tysięcy, a nawet setki tysięcy ludzi. […] Po trzecie, mordercy nie są w stanie zagrozić naszej ekonomii – właśnie dlatego, że są mordercami. […] Gdy ktoś pozbawiony skrupułów chce faktycznie wygrać z dużo silniejszym przeciwnikiem, zamiast morderstwa wybiera sabotaż.
Cóż więc mogą osiągnąć mordercy, skoro nie mogą z nami „wygrać”? Mogą sprawić, że przegramy sami ze sobą. Mianowicie mogą przekonać nas, że przemoc jest dopuszczalną formą walki o słuszną sprawę. […] Naszą siłą nie są nasze karabiny, zwarte szeregi ani pieniądze. […] Naszą siłą są nasze skrupuły.
Strach to zły doradca; słuchając go, można pomyśleć, że stawką obecnej gry w Europie jest gwarancja bezpieczeństwa. Tymczasem gra polega na czym innym. Odprawiając wszystkich uchodźców, ryzykowalibyśmy długoterminową destabilizacją geopolityczną, szykując grunt pod rosnącą liczbę zamachów w nie tak znowu odległej przyszłości. Rozważnie przyjmując przybyszów, mamy szansę zapobiec takim konsekwencjom. Nawet jeśli w nieznacznym stopniu zwiększymy krótkoterminowe ryzyko, i tak pozostanie ono na bardzo niskim poziomie – warto pamiętać, że w ostatnim ćwierćwieczu nasilenie terroryzmu w Europie Zachodniej wcale nie było duże. W dodatku sama Polska nie jest dla zamachowców takim kąskiem, jak stolice wielkich państw zachodnich (chociaż tegoroczny szczyt NATO i Światowe Dni Młodzieży będą od nas wymagać najwyższego profesjonalizmu).
Brońmy się przed terrorystami. Ale brońmy się też przed własnym strachem.
Mój blog ma fanpage – zachęcam do odwiedzania.
PS. Nasze własne bezpieczeństwo, choć bardzo ważne, nie jest jedyną istotną kwestią. Uważam, że Europa i Polska powinny brać pod uwagę również etyczny obowiązek solidarności z innymi, a także własną współodpowiedzialność za obecną sytuację na Bliskim Wschodzie (w naszym wypadku będącą dziedzictwem Starych Kiejkut i pobytu rodzimych żołnierzy w Iraku). Z kolei pomysł delegalizacji islamu to po prostu nawoływanie do łamania praw człowieka.
W tym wpisie skupiam się jednak tylko na kwestii europejskiego bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że taka perspektywa będzie choć w niewielkim stopniu przekonująca dla osób o światopoglądzie innym niż mój.
*
Poniżej przypisy dodane po dyskusji w komentarzach.
1. Jeśli ktoś spokojnie zważy ryzyko krótko- i długoterminowe, po czym dojdzie do przekonania, że to drugie mniej go przekonuje, to trudno – możemy nadal się nie zgadzać, ale i tak będziemy już o lata świetlne dalej niż przy sloganie „Nawet gdyby tylko jeden z tego miliona mógł okazać się terrorystą, to...”.
2. Po lekturze wpisu może pojawić się pytanie, czym jest „rozważne” przyjmowanie uchodźców. Nie będę tutaj udawał, że mam receptę, którą można streścić w jednym akapicie. Zwrócę jedynie uwagę na to, iż Europa ma za sobą lepsze i gorsze doświadczenia w tej dziedzinie. Powinniśmy przyznać się do porażek, które przyczyniły się m.in. do ostatnich zamachów; powinniśmy również szukać rozwiązań, które mają duże szanse powodzenia. Przykładem tych ostatnich jest wspomniana współpraca władz państwowych z umiarkowanymi muzułmanami w celu zredukowania wpływów radykalnych imamów.

Bezsensowna polityka, np. A. Merkel, to prosta droga do destabilizacji sytuacji geopolitycznej w Europie. Martwi się Pan o inne regiony, zapominając, że względny pokój nie jest dany Europie raz na zawsze.
OdpowiedzUsuńStarałem się wyraźnie zaznaczyć, że wpis dotyczy zagrożeń dla Europy – na przykład terrorystów, których liczba na naszym kontynencie znacząco wzrośnie, jeśli będziemy stosować wobec muzułmanów i uchodźców zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
UsuńHm, a jeśli będziemy nadal stosować politykę szerokich drzwi i braku reakcji na niekontrolowany napływ obcej kulturowo ludności, to czy nie narażamy się w ten sposób na: a) zachwianie systemu pomocy społecznej; b) rozwój zjawiska gettyzacji; c) nasilenie konfliktów na tle kulturowym i religijnym? Szkoda, że we wpisie nie pojawia się wątek radykalizacji kolejnego pokolenia muzułmanów oraz działalności radykalnym imamów w Europie.
UsuńDodałem przed chwilą przypis sygnalizujący tę kwestię (a ponadto poniżej rozwija się osobny wątek komentarzy). Rzecz jasna kluczowe jest pytanie o to, co to znaczy "przyjmować rozważnie". Nie ma sensu udawać, że Europa ma w tej dziedzinie same sukcesy.
UsuńTutaj jednak nie chodzi mi o szczegółowe przedstawienie pożądanej polityki migracyjnej ani o krytykę konkretnych krajów. Zamiast tego chcę zwrócić uwagę na ogólne, ale istotne kwestie, które bardzo często się pomija.
Jeżeli ktoś dojdzie do końca notki i stwierdzi: "rozumiem autora, ale nie wierzę w skuteczną politykę migracyjną w UE", to cóż, trudno. Nie wszystkie cele można osiągnąć za pomocą jednego wpisu. ;-)
Napisał Pan o współpracy "władz państwowych z umiarkowanymi muzułmanami w celu zredukowania wpływów radykalnych imamów". Radykalnych imamów należy izolować od ludzi. Podobnie należy czynić w przypadku radykalnych księży czy rabinów...
UsuńTo trochę tak jak z terrorystami, o których napisałem na początku notki: te wpływy już są. Nawet jeśli uznamy, że radykalnych imamów trzeba odizolować, to nietrudno sobie wyobrazić gwałtowne reakcje ich dotychczasowych zwolenników na takie działania (lub, w innej wersji, stopniowo narastający gniew). Bardziej umiarkowani duchowni również w takim wypadku byliby ważni.
UsuńMoim zdaniem Pan proponuje następujące rozwiązanie: nie leczmy raka chemią, bo nam jeszcze pacjent umrze. Z pewnością umrze, jeśli nie zostaną podjęte odpowiednie kroki! Sam Pan pisze nieco niżej, że terroryzm jest efektem kilku czynników. Chce Pan kierować do imigrantów i muzułmanów programy społeczne, mające na celu wyrównanie ich szans społecznych. To może nie przynieść efektu, jeśli ci ludzie nadal będą poddawani indoktrynacji radykalnych duchownych. Bogactwo i wykształcenie wcale tutaj nie musi mieć wielkiego znaczenia. Wiemy, że większość europejskich terrorystów to byli ludzie raczej wykształceni i dobrze sytuowani. Co więcej, "stopniowo narastający gniew" charakteryzuje nie tylko imigrantów czy muzułmanów, ale także europejskich "tubylców". Mówi się o nawrocie nacjonalizmów - takie zmiany postaw mają swoje podstawy w nierozsądnej polityce migracyjnej władz państw UE.
UsuńO programach społecznych chyba akurat tu nie pisałem, ale mniejsza o to. Mówiąc ogólnie, zgadzam się z Piotrem Wójcikiem (link przy wzmiance o Miriam Shaded): na każdym polu (politycznym, religijnym, ekonomicznym...) jest jakaś gra do rozegrania.
UsuńJeśli chodzi o bogactwo i wykształcenie, w sąsiednim wątku jest propozycja wyjaśnienia (skądinąd nie moja). Stosunkowo zamożna osoba może się zradykalizować, patrząc na złe warunki swoich krajanów, niekoniecznie własne. W takim przypadku można by przypuszczać, że poprawa sytuacji biedniejszych imigrantów (inna rzecz, że tego nie da się zrobić za pomocą czarodziejskiej różdżki) wpłynie również na ich bogatszych rodaków.
Co do powrotu nacjonalizmów – znów mamy zjawisko wielorako uwarunkowane. Można by pewnie długo analizować, w jakim stopniu zależy ono od ostatnich wydarzeń, a w jakim jest efektem problemów ze światową ekonomią.
Kładę się już teraz spać, a przez najbliższe dni będę raczej zabiegany, więc niestety nie mogę obiecać, że zdołam odpisać na następne komentarze. Dziękuję jednak za spokojną i merytoryczną rozmowę.
Odniesiesz się jakoś do tego fragmentu:
OdpowiedzUsuń"Amerykańska badaczka terroryzmu Nichole Argo proponuje zresztą, by porzucić pojęcie "zamachowców- samobójców" i zamiast tego mówić o "żywych bombach". Kiedy bowiem młodzi mężczyźni (czasem też kobiety) z pasami ładunków wybuchowych pod koszulkami Nike wyruszają, by zabić jak najwięcej ludzi, w żadnym razie nie chodzi tu o samobójstwo w zachodniochrześcijańskim rozumieniu, lecz o wypełnianie misji rozumianej jako coś sensownego.
Zdaniem Marka Sagemana, autora opracowania na temat islamskich terrorystów, 84 procent przyszłych bojowników dżihadu zdecydowało się na zostanie terrorystą nie w kraju islamskim - mieszkali w kraju zachodnim jako studenci bądź też byli dziećmi imigrantów, a zatem należeli do drugiego pokolenia ludności napływowej. Nie chodzi przy tym o społecznych wyrzutków, ale dobrze wykształcone i zintegrowane dzieci z niezbyt religijnych domów. Pozornie nie wykazują oni żadnych szczególnych cech psychicznych ani też w przeważającej mierze nie cierpieli z powodu odrzucenia, poniżenia czy deklasacji.
Innymi słowy, dopiero doświadczenie zachodnich warunków życia i związana często z tym reakcja na deklasację i poniżanie innych, z którymi czuje się wspólnotę, wyposaża późniejszych sprawców przemocy w motywy emocjonalne i poznawcze rodzące pragnienie zniszczenia Zachodu."
Harald Welzer ( napisane w 2007 roku)
Albo może masz jakąś hipotezę, dlaczego niekoniecznie ci ''zgettyzowani'' zostają zamachowcami?
To jest oczywiście bardzo ważne pytanie. Nie przypuszczam, abyśmy znaleźli jedną wiążącą odpowiedź, ale przytoczone wyjaśnienie (z ostatniego akapitu) wydaje się rozsądną hipotezą. Przy czym warto podkreślić, że również w takim wypadku trzeba szukać rozwiązań zapobiegających "deklasacji i poniżaniu" – gdyby nie one, to i u innych potencjalnych terrorystów nie pojawiłoby się "pragnienie zniszczenia Zachodu".
UsuńOd siebie dodam jeszcze, że przeprowadzenie dużego zamachu terrorystycznego wymaga sprawnej organizacji, siatki znajomości, umiejętności poruszania się w internecie itd. To są zasoby i kompetencje, które trudno uzyskać osobom naprawdę biednym.
Czekałem, aż pojawi się argument z "deklasacji". Proszę Pana, dlaczego rzesza zdeklasowanych Europejczyków czy Polaków nie ucieka się do radykalnych metod kompensacji odrzucenia społecznego i trudnej sytuacji życiowej?
UsuńBo ich rodacy nie są regularnie zabijani przez amerykańskie drony?
UsuńTo oczywiście nie jest wyczerpująca odpowiedź, ale różnic między terrorystami a nieterrorystami trochę jednak by się znalazło.
Szuka Pan źródła problemu w zewnętrznej przyczynie. Moim zdaniem większe znaczenie mają tutaj czynniki endogenne, wynikające ze zinternalizowanej kultury - nieodłącznie związanej z religią islamu.
UsuńGdyby głównym podłożem (albo wręcz jedynym istotnym) był sam islam, zamachowcy rekrutowaliby się ze wszystkich państw, w których on dominuje. Tak nie jest – do Europy zasadniczo nie przybywają terroryści z Turcji. Podobnie to nie chrześcijaństwo samo w sobie odpowiada za to, że w Republice Środkowej Afryki radykalne chrześcijańskie bojówki siłą nawracają muzułmanów na swoją wiarę.
UsuńReligia ma pewne znaczenie – na przykład kategoria bluźnierstwa całkiem dobrze nadaje się do tego, aby na jej podstawie wskazywać wrogów godnych śmierci. Jednak dopiero specyficzne połączenie czynników ekonomicznych, politycznych, religijnych, społecznych czy kulturowych rodzi terroryzm.
Nie twierdzę, że islam to jedyna przyczyna. Takie stawianie sprawy to zwykłe uproszczenie. Zgadzam się, że efekt stanowi połączenie kilku czynników, które Pan wymienia. Problem jaki tutaj dostrzegam polega na tym, że wpływ islamu jest - moim zdaniem - zazwyczaj umniejszany w europejskim dyskursie. Nie wiem z czego to wynika, ale jeżeli rację miał Weber, to należy zdecydowanie więcej uwagi poświęcać religii w analizach problemów, z którymi się obecnie zmagamy. Oczywiście nie warto zwalać wszystkiego na islam. Podobnie jak nie warto brnąć w neomarksistowskie interpretacje faktów społecznych. Deklasacja nie wyjaśnia zbyt wiele, a proste analogie i historie z dronami zamiast wyjaśniać, tylko zaczerniają obraz sytuacji.
UsuńZgadzam się, że istnieje taka tendencja, aby odmawiać jakiejkolwiek wagi czynnikom religijnym (lub szerzej – kulturowym). Trudno mi się z tym zgodzić, również z punktu widzenia socjologii kultury. To byłby redukcjonizm innego typu niż sprowadzanie wszystkiego do religii, ale także redukcjonizm.
UsuńRównocześnie mam dość silne przekonanie, że w Polsce wahadło przechylone jest w stronę redukcjonizmu religijnego. Najpierw trzeba się z nim zmierzyć i dopiero potem można iść dalej.
Gdybym miał podejmować jakąś bardziej rozbudowaną analizę, to obok kwestii społeczno-gospodarczych spróbowałbym uwzględnić takie czynniki, jak obraz islamu na Zachodzie; rozproszenie autorytetów w tej religii; zmiany w sposobie rozumienia dżihadu i jego związek np. z retoryką antyamerykańską. To byłoby niewątpliwie ciekawe, jednak wymagałoby czasu, którego nie dam rady teraz poświęcić. Pozostaje mi więc tylko poprzestać na stwierdzeniu, że cel wpisu był skromniejszy.
1) „Jeśli wśród miliona uchodźców może znaleźć się choć jeden terrorysta, to należy odprawić wszystkich”. Takie wypowiedzi czerpią siłę z przeświadczenia, że otaczając Europę murem, możemy zapewnić sobie stuprocentowe bezpieczeństwo. To przekonanie jest zrozumiałe – świadczy o skali naszych obaw – ale nie jest trafne, bo terroryści już tu są.”
OdpowiedzUsuńZ faktu, że terroryści już tu są, nie wynika, że powinniśmy przyjmować jakiś niewiadomy X ich potencjalnych sojuszników. Jeśli mam w grupie 20 osób 10 terrorystów, to mam prawo uważać, że najbezpieczniej będzie wyszukać tych 10, złapać i osądzić, a nie powiększać tę grupę o kolejne X osób z ryzykiem, że liczba złoczyńców się zwiększy (tak samo jak liczba cywilów, którzy mogą potencjalnie służyć do szantażowania mnie). Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to najlepsza strategia, a zapewne jedna z wielu i to całkowicie dopuszczalna.
2) „Czy odprawiając milion uchodźców, nie wyhodujemy setek wściekłych na Europę terrorystów w perspektywie kilku miesięcy lub paru lat? Czy ISIS i podobne organizacje nie zyskają nowych rekrutów zarówno na naszym kontynencie, jak i poza jego granicami? Czy możemy sobie na to pozwolić?”
Staszku, nie można zgodzić się na takie myślenie na dłuższą metę. To tak jakbym przyszedł do Ciebie do domu i powiedział, że masz mi dać 100 zł, bo jak się nie zgodzisz, to przyjdę za tydzień z kolegami i zabierzemy Ci 1000 zł. To jest szantaż, na który nie powinniśmy sobie pozwolić. Owszem, można się zastanowić czy takie krótko terminowe rozwiązanie nie będzie skuteczne, ale tylko pod warunkiem, że mamy plan co zrobić dalej żeby zapobiec całej sytuacji. Pytanie czy taki plan rzeczywiście jest?
"Staszku, nie można zgodzić się na takie myślenie na dłuższą metę. To tak jakbym przyszedł do Ciebie do domu i powiedział, że masz mi dać 100 zł, bo jak się nie zgodzisz, to przyjdę za tydzień z kolegami i zabierzemy Ci 1000 zł. To jest szantaż, na który nie powinniśmy sobie pozwolić"
Usuńuhm, to walka klasowa, dzięki której mamy współczesne społeczeństwo, nieskończenie bardziej egalitarne, niż to w XIX wieku.
"Z faktu, że terroryści już tu są, nie wynika, że powinniśmy przyjmować jakiś niewiadomy X ich potencjalnych sojuszników. "
No nie, wynika to z zupełnie innych przesłanek – etycznych i związanych z prawami człowieka.
"Jeśli mam w grupie 20 osób 10 terrorystów"
Mogłeś sobie nawet bardziej pofolgować w tworzeniu zmanipulowanych pseudostatystyk, służących podświadomemu zwiększaniu poczuciu zagrożenia. Niech tych terrorystów będzi 30 w grupie 20 osobowej, to jeszcze bardziej "adekwatnie" odda skalę zagrożenia.
Mogę odpowiedzieć tylko skrótowo: chodzi o to, aby nie ulegać złudzeniu całkowitego bezpieczeństwa, które pozwala odprawić dowolnie dużą liczbę uchodźców przy dowolnie małym prawdopodobieństwie, że znajdzie się wśród nich terrorysta.
UsuńJeśli ktoś spokojnie zważy ryzyko krótko- i długoterminowe, a potem dojdzie do przekonania, że to drugie mniej go przekonuje, to i tak będziemy już w dyskusji o lata świetlne dalej niż przy sloganie "Nawet gdyby tylko jeden z tego miliona mógł okazać się terrorystą, to...".
"No nie, wynika to z zupełnie innych przesłanek – etycznych i związanych z prawami człowieka."
UsuńTo jest mydlenie oczu i rzucanie strasznymi ogólnikami. Z jakich etycznych przesłanek? Z jakiej etyki, o czym mówimy? Teleologizm, deontologizm, utylitaryzm czynów czy reguł? Jak daleko sięga obowiązek pomagania? Mówienie, że do czegoś jesteśmy moralnie zobligowani, bez jakiegokolwiek uszczegółowienia, to populizm czystej maści.
"Mogłeś sobie nawet bardziej pofolgować w tworzeniu zmanipulowanych pseudostatystyk, służących podświadomemu zwiększaniu poczuciu zagrożenia. Niech tych terrorystów będzi 30 w grupie 20 osobowej, to jeszcze bardziej "adekwatnie" odda skalę zagrożenia."
Nie chodzi o folgowanie w tworzeniu zmanipulowanych statystyk, a o myślenie za pomocą analogi. To jak w tym sławnym przykładzie z pociągiem bez hamulców i dwiema zwrotnicami, gdzie na jednej jest 5 osób, a na drugiej tylko 1. Możemy dowolnie żonglować liczbami. Może być 100 do 1 albo 300 do 1. Dylemat pod względem teoretycznym pozostaje ten sam.
"Mogę odpowiedzieć tylko skrótowo: chodzi o to, aby nie ulegać złudzeniu całkowitego bezpieczeństwa, które pozwala odprawić dowolnie dużą liczbę uchodźców przy dowolnie małym prawdopodobieństwie, że znajdzie się wśród nich terrorysta."
Zgadzam się w 100%. Chciałem tylko zauważyć, że moim zdaniem nie każdy pomysł dotyczący nie przyjmowania uchodźców jest z definicji gorszy i obarczony jakimś bliżej nieokreślonym moralnym stygmatem.
"Możemy dowolnie żonglować liczbami. Może być 100 do 1 albo 300 do 1. Dylemat pod względem teoretycznym pozostaje ten sam. "
UsuńChyba ty.